Nie porcelana. I całe szczęście.

Co łączy Włocławek z holenderskim Delft? Na pierwszy rzut oka niewiele. Jedno leży nad Wisłą, drugie między Rotterdamem a Hagą. A jednak oba miasta zbudowały część swojej tożsamości na tym samym, nieco niedocenianym materiale — fajansie.

Historia Delft zaczyna się od zachwytu. Na początku XVII wieku do Holandii trafia coraz więcej chińskiej porcelany: lekkiej, białej, subtelnie zdobionej kobaltem. Jest kosztowna, egzotyczna i pożądana. Holenderscy garncarze próbują więc stworzyć własną odpowiedź. Nie mają jednak dostępu do odpowiedniej glinki kaolinowej potrzebnej do produkcji porcelany. Sięgają po miejscową glinę i pokrywają ją nieprzezroczystym, białym szkliwem cynowym. Na takim tle mogą malować wzory przypominające kosztowny azjatycki pierwowzór.

I tu wydarza się rzecz dla rzemiosła chyba najciekawsza: imitacja z czasem przestaje być imitacją.

Chińskie kwiaty, gałązki i pejzaże zaczynają spotykać się z holenderskimi statkami, krajobrazem i motywami zaczerpniętymi z miejscowej kultury. Rodzi się Delfts Blauw — język tak charakterystyczny, że kilka stuleci później nie myślimy już o nim jako o zastępstwie dla porcelany. Myślimy: Delft. W połowie XVII wieku w mieście działało ponad 30 wytwórni ceramiki. Założona w 1653 roku De Porceleyne Fles, dzisiejszy Royal Delft, istnieje do dziś.

Dwa stulecia później własnego języka dorabia się fajans znad Wisły.

We Włocławku produkowano go od 1873 do 1991 roku — przez niemal 120 lat. Powstawały tu przedmioty codzienne i dekoracyjne: talerze, misy, dzbanki czy wazony, ale również rzeczy, których dziś raczej nie kojarzymy ze słowem „fajans”. W zbiorach włocławskiego muzeum znajdziemy formy użytkowe „od żyrandoli do nocnika”.

Najciekawsze wydarzyło się jednak tam, gdzie przemysł spotkał się z ręką człowieka.

Włocławski fajans trudno pomylić z czymkolwiek innym. Ręcznie malowane, swobodne kompozycje kwiatowe — kolorowe, czasem niemal przeskalowane — sprawiały, że przedmiot powstający w fabryce zachowywał indywidualny gest malarki. W latach 1973–1991 organizowano konkursy dla malarek i projektantów Włocławskich Zakładów Ceramiki Stołowej; odbyło się dziesięć edycji Biennale Fajansu, a nagradzane dekoracje pokazują, jak wiele wariacji można było stworzyć wokół pozornie prostego motywu kwiatu.

Delft zapamiętaliśmy przede wszystkim w kobalcie i bieli. Włocławek — w kolorze, kwiatach i geście pędzla.

Łączy je jednak coś ważniejszego.

Fajans nie był porcelaną. Był materiałem bardziej dostępnym, codziennym, mniej prestiżowym. A mimo to właśnie z niego powstały przedmioty, które po dekadach trafiają do muzeów, kolekcji i mieszkań ludzi polujących na nie na targach staroci.

Bo wartość rzeczy nie zawsze zaczyna się od ceny materiału.

Czasem zaczyna się od dobrych proporcji. Od koloru. Od śladu pędzla. Od lokalnej tradycji i wiedzy przekazywanej z ręki do ręki. Od wykonywania tej samej czynności tak długo i tak dobrze, aż zwykła umiejętność zamienia się w kunszt.

Delft potrafił uczynić ze swojego fajansu znak rozpoznawczy miejsca i pielęgnuje go do dziś. Włocławek ma podobny kapitał — choć przez lata łatwiej było widzieć w charakterystycznych kwiatowych talerzach wyposażenie kredensu naszych babć niż fragment historii polskiego wzornictwa.

Może właśnie czas wyciągnąć je z kredensu i spojrzeć na nie jeszcze raz.

Bo rzeczy dobrze zrobione mają szczególną właściwość: potrafią przetrwać moment, w którym wychodzą z mody.

A potem wracają — już nie jako zwykłe przedmioty, lecz jako część naszej pamięci.