Jeszcze niedawno blokowisko było synonimem wszystkiego, od czego chcieliśmy uciec. Szare elewacje, powtarzalność, małe kuchnie, zsypy i klatki schodowe pachnące lastrykiem. Dziś coraz częściej okazuje się, że stare osiedla mają coś, czego dramatycznie brakuje wielu nowym inwestycjom: przestrzeń do życia.
Nie chodzi nawet o same budynki. Chodzi o to, co znajduje się pomiędzy nimi.
Drzewa, trawniki, place zabaw, szkoła kilka minut od domu, sklep na rogu, ławka pod blokiem. Budynki ustawione tak, żeby do mieszkań docierało światło, a człowiek nie zaglądał sąsiadowi prosto do salonu. To, co dziś reklamuje się jako „15-minute city”, polscy urbaniści próbowali realizować kilkadziesiąt lat temu — choć używali zupełnie innego języka.
Najpierw człowiek, potem metr kwadratowy
Już międzywojenna Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa na Żoliborzu traktowała osiedle nie jako zbiór domów, ale jako środowisko życia. Mieszkanie miało być częścią większej całości: ze szkołą, pralnią, biblioteką, zielenią i przestrzenią wspólną.
Po wojnie podobne myślenie powracało w najlepszych projektach modernistycznych. Halina Skibniewska projektując Sady Żoliborskie pozostawiała istniejące drzewa owocowe i podporządkowywała zabudowę krajobrazowi. Oskar Hansen w lubelskiej Słowackiego próbował tworzyć przestrzeń, którą mieszkańcy mogą współtworzyć, zamiast tylko ją konsumować. Później Marek Budzyński na Ursynowie szukał sposobu, by ogromne osiedle podzielić na mniejsze, czytelne jednostki przypominające sąsiedztwa.
Wspólny mianownik? Między blokami też się mieszka.
Psychologia odległości
Człowiek potrzebuje jednocześnie kontaktu i prywatności. Chce widzieć innych ludzi, ale niekoniecznie ich telewizor. Chce mieć sąsiadów, lecz potrzebuje też kawałka własnego świata.
Dobrze zaprojektowane osiedle buduje więc kolejne warstwy przestrzeni: mieszkanie, klatkę, podwórko, skwer, ulicę, dzielnicę. Dzięki nim wychodząc z domu, nie trafiamy od razu na parking albo sześciopasmową drogę.
Urbanista Jan Gehl od lat przypomina, że miasta należy projektować w skali ludzkiego ciała: tempa chodzenia, pola widzenia, możliwości przypadkowego spotkania. Tymczasem współczesne osiedle bywa projektowane przede wszystkim w skali arkusza kalkulacyjnego.
I właśnie tutaj zaczyna się problem.
Patodeweloperka to nie tylko małe mieszkania
Można zbudować apartament o świetnym standardzie i jednocześnie stworzyć fatalne miejsce do życia.
Gdy każdy metr działki musi zostać sprzedany, przestrzeń między budynkami staje się kosztem. Znika szeroki trawnik. Znika stary dąb. Bloki przybliżają się do siebie. Parter zamienia się w garaż, chodnik w drogę pożarową, a „zieleń urządzona” w kilka donic na stropie podziemnego parkingu.
Powstają mieszkania. Nie zawsze powstaje osiedle.
I dlatego wielka płyta wraca dziś do łask. Nie dlatego, że nagle zakochaliśmy się w prefabrykowanym betonie. Kochamy raczej to, czego wokół niego pozostawiono wystarczająco dużo: powietrze, światło, drzewa i dystans.
Paradoks współczesnego miasta polega na tym, że osiedla projektowane w czasach niedoboru coraz częściej oferują więcej przestrzennego luksusu niż inwestycje sprzedawane dziś jako premium.
Bo prawdziwym luksusem może nie być marmur w lobby.
Może być nim stary kasztan pod oknem, pięćdziesiąt metrów do następnego budynku i droga do szkoły, którą dziecko może przejść samo.
Wielka płyta nie zawsze była wielką architekturą. Ale czasem stała za nią wielka idea: że miasta buduje się nie dla budynków, lecz dla ludzi.
